piątek, 27 kwietnia 2018

Rozdział I: Oni to mafia

— Ziemia to taka nudna planeta. Nic tu ciekawego się nie dzieje, zamiast iść do przodu i rządzić światem, cofamy się. Mamy już 2018 rok, a jedyne co wynaleziono, to iPhone X. Gdzie te latające deskorolki i wehikuły czasu, które zapowiadano od stuleci? Gdzie te wszystkie marzenia dawnych ludzi? Naprawdę musimy je tak brutalnie zabijać?
W klasie zapanowała cisza. Ktoś z tyłów parsknął śmiechem.
— No dobrze, ale jaki to ma związek z lekcją? — spytała geograficzka, pani Krośnicka.
— No... Pani coś o Ziemię pytała — wytłumaczyła się Marika, autorka wyżej zacytowanej wypowiedzi.
— Ech, siadaj. 
Marika usiadła. Nie żałowała tego, co powiedziała. Było to wszystko, co jej obecnie leżało na sercu.
— Ej no, nie narzekaj – rzekła do niej jej koleżanka z ławki, Sandra – Nie jest tak źle, nie ma już niewolnictwa jako takiego, kobiety mają prawa, homoseksualność nie jest chorobą, mamy internet...
— Weź mi tu nie pierdol o prawach, wiesz przecież, że mi chodzi o wehikuły czasu.
— A. Aha. To może zrobisz sama? Albo chociaż odkryjesz jak...
– Wybaczcie, że przerywam wam tę dyskusję – wtrąciła się pani Krośnicka – Ale chcę kontynuować lekcję.
— Przepraszam – powiedziała Sandra. A Marika nie zamierzała przepraszać.

* * *

— Przeprowadzę rewolucję i przejmę władzę w Polsce – opowiadała później Marika swojej koleżance, gdy wracały ze szkoły.
— Ambitnie. — Pokiwała głową Sandra. — Ale tak sama?
– No nie. Ty mi pomożesz.
– Akurat. Wolę nie mieć problemów z władzą, przykro mi.
– Co z ciebie za przyjaciółka. — Marika kopnęła kamień. — Znajdę sobie kogoś innego, kto mi pomoże.
— To powodzenia. — Sandra wciąż miała beznamiętny ton.
— Potem dostanę się do Unii Europejskiej. 
— Ale będziesz mi wysyłać pocztówki z Brukseli?
— Oczywiście. Takie najładniejsze jakie będą. No, a potem przejmę władzę nad światem. I zrobię sobie willę w Grenlandii. I jeszcze w Amazonii i na Saharze. 
— A na księżycu?
— Na księżycu też. I na Marsie. Będę pierwszym człowiekiem który poleci na Marsa.
— A nie weźmiesz mnie ze sobą?
— Jak pomożesz w rewolucji, to tak.
— A nie mogę polecieć jako bagaż?
— Jak chcesz zostać zdegradowana do poziomu rzeczy, to oczywiście.
— Dobra, fajnie się gadało, ale stoimy od kilku minut przed moim domem. — Sandra wskazała na budynek obok nich.
— Ej no, nie powiedziałam ci jeszcze o tym, że będę sprzedawać księżycowe ziemniaki!!
— Teraz powiedziałaś. Pa. – Sandra objęła koleżankę na pożegnanie, a potem szybko pobiegła w kierunku swojej chałupy, tak jakby chciała od niej uciec. Przeskoczyła przez płotek i zniknęła za drzwiami.
Ech, Sandra była fajna, ale chyba nie traktowała jej poważnie i nie rozumiała jej realnych planów. Marice czasem się wydawało, że kolegują się tylko, bo mieszkają blisko siebie. Nadawały na zupełnie innych falach. 
Marika skierowała kroki na swoje podwórko. Wyjęła z kieszeni klucze i wsadziła je do zamka.
I nagle poczuła, jakby coś ogromnego i ciężkiego spadło jej na głowę.
Ciemność...

* * *

Obudziła się w swoim łóżku, wśród swojego burdelu bliżej znanego jako pokój. Od razu poczuła, że coś tu jest nie tak. 
Nie miała jednak siły nad tym rozmyślać. Ból głowy był silniejszy. Zdecydowała poczekać na jej brata, Adriana. 
W tej samej chwili usłyszała, że ktoś otwiera drzwi. Jak dobrze!
— Marika, czemu przed domem nie ma... Matko, co ci?! — Zapytał, wchodząc do pokoju.
— Dostałam w łeb.
— Co? Gdzie? Kiedy? Od kogo?
— Kurwa no nie wiem, otwierałam drzwi. A potem się obudziłam już tutaj.
— Dzwonię na policję! Bardzo cię boli?
— Napierdala w chuj.
— Widać, bo zwykle tak nie przeklinasz — zauważył Adrian — Obejrzę jeszcze dom. Zauważyłem, że zniknęła sprzed schodów szczotka. I zadzwonię, że zostałaś zaatakowana.
— Czekaj... Gdzie dzwonisz?
— Na policję, a gdzie?
— Chyba sobie żartujesz.
— Siostra, ja wiem że ty z tych JP na 100%, ale na chwilę odłóż swoje ideologie, tu chodzi o twoje życie.
— Ale... – Marika aż się poderwała.
— Połóż się i nie narzekaj.
— Ech...

* * *

Policjanci nie przyjechali. Nic dziwnego. Pewnie pamiętali te CHWDP rzucone w ich stronę kilka miesięcy temu.
Marika więc tak leżała w ciemnym pokoju, cierpiała z bólu głowy i patrzyła w sufit. Czuła niepokój. Jakby zaraz coś miałoby się stać. Jakby za chwilę wydarzyłoby się coś, co zmieniłoby przeznaczenie. Jakiś błąd w systemie.
Coś, na co całe życie czekała.
Nagle okno się otworzyło, po drodze zrzucając biednego kaktusa stojącego na parapecie. Z ciemności wyłoniło się oślepiające światło latarki.
— Gadaj wszystko, co wiesz o Illuminati! — powiedział męski głos.
— Nic nie wiem! — Marika zakryła oczy.
— Szefie, ona nic nie wie. — Światło latarki zgasło.
— Jak to nie wie? Wie, tylko nie chce mówić! — odpowiedział inny głos.
— Wiem tylko tyle, że Donald Trump to Illuminati! — wytłumaczyła Marika.
— To po prostu kolejna przypadkowa osoba...
— To pewnie jej przykrywka! — Latarka znowu się zapaliła. — Czemu Illuminati cię zaatakowało?
— Że kto? Illuminati?
— A co, może my?
— Nie wiem!
— Ech... Chyba trzeba użyć tortur.
Marika uderzyła w powietrze, mając nadzieję, że trafi w którego z intruzów. Pudło.
Nagle światło w pokoju się zaświeciło.
— Nie lubię ciemności – powiedział gość, trzymający kontakt.
Marika się rozejrzała. W pomieszczeniu było trzech starszych od niej, kompletnie nieznanych jej typów. Pierwsze, co jej się rzuciło w oczy, to to, że byli ubrani w garnitury. I byli smutni. Przeraźliwie smutni. Dziewczyna od razu poczuła, że coś tu jest nie tak i rzuciła się do ucieczki. Zrobiła tylko kilka kroków, i jeden z gości ją złapał.
— Chcemy porozmawiać – wytłumaczył. Marika zaczęła się rozglądać za bronią.
— O czym?
— Czy wiesz, że zaatakowało cię Illuminati? – spytał.
— Dzwonię na policję! – Marika zaczęła wyciągać rękę w kierunku telefonu. Na chwilę zapomniała o swojej ideologii.
— Skoro nam nie wierzysz, to myślisz, że kto cię zaatakował?
— Ktoś, komu spodobała się nasza szczotka.
— I później ot tak pojawiłaś się w swoim pokoju?
— To pewnie był dobry człowiek!
— Dobra, bo chyba nie rozumiesz. Z jakiegoś powodu zaatakowało cię Illuminati. Wiesz w ogóle, co to?
— Jak można nie wiedzieć, co to?
— To dobrze. No...
— Przepraszam, że panu przerywam, ale kim wy w ogóle jesteście?
– Właśnie miałem to powiedzieć — prychnął gość — Jestem Adam, ten przy drzwiach to Paweł, a nasz szef to Sławek. Jesteśmy Onymi.
— Miło poznać — przywitał się Paweł.
— Że co proszę, kim?
— Organizacja trzymająca władzę. Walczymy również z Illuminati.
— I jest was tylko trzech?
— No nie. To tylko nasza drużyna, panująca nad tym regionem.
— Aha. 
— I dostaliśmy zlecenie, że mamy ci pomóc.
— W objęciu władzy nad światem?! — Marice oczy się zaświeciły.
— No... Nie bardzo. Bronimy ludzi przed Illuminati. Musi być jakiś powód, dlaczego cię zaatakowali. I pewnie to powtórzą.
— Dobrze, dobrze. Illuminati mnie zaatakowali. Ale kto mnie uratował?
— Eee... — zastanowił się Adam.
— Oczywiście, że my, a kto? Może jacyś kosmici? — rzekł Sławek z nerwami w głosie.
— Rozumiem... No to dzięki.
—I przydasz nam się. Cierpimy na niedobór członków.
—Zauważyłam.
— No, to chyba tyle. Wrócimy tutaj jutro. Tylko dożyj. Dobra, odwrót.
–—Czekajcie...! – krzyknęła Marika, ale Oni wyskoczyli już przez okno. Miała się ich spytać, czy to prawda z tą płaską ziemią i z tymi jaszczuroludźmi.
— To było mocne uderzenie w głowę – powiedziała do siebie, zgasiła światło i poszła spać.
Najwyżej jutro zapyta.

1 komentarz: