Mamy plot twist, którego nikt się nie spodziewał. Może dlatego, że nikt żadnego nie oczekiwał?
Serię tę zaczynałam w zasadzie dwa razy na dwóch blogach, z czego za pierwszym razem powstała tylko jedna część. xD Chodzi w niej o nic więcej niż tylko o to, aby podzielić się przemyśleniami o dziełach kultury z którymi miałam ostatnio kontakt (czyli w praktyce głównie kreskówkami). Ostatnia część to prehistoria sprzed trzech lat i pomyślałam, że w sumie czemu by do tego nie wrócić? Bardzo dawno już nie pisałam luźnych notek i zobaczymy, czy jeszcze to jako tako umiem.
Ale ostrzegam przed starszymi wpisami - może nie są jakieś bardzo cringe i nawet bywają zabawne, ale są strasznie chaotycznie napisane. Za to łezka mi się w oku zakręciła czytając, jak dopiero wkraczałam w fandom Touhou. Nie wiedziałam wtedy nawet, kim jest Koishi Komeiji oprócz tego, że ktoś taki jest. Warto pisać takie rzeczy i zostawiać dla potomności, naprawdę.
KOISHI KOMEIJI'S HEART-THROBBING ADVENTURE
|
|
|
|
![]() |
Ciekawostka - identyfikuję się z Koishi. Też uważam swoje kapelusze za moich przyjaciół i też pomagają mi się zrelaksować. |
Opowieść
o tym, jak Koishi chce pójść na ryby, ale nie może znaleźć
wędki. Potem wszystkim zaczyna odwalać, co prowadzi do dużej ilości zgonów.
O tej fanowskiej serii filmików słyszałam i widziałam różne rzeczy, że praktycznie mogłabym nazwać to miejską legendą. Że straszne, brutalne, drastyczne, traumatyczne, że nie można przez to spać, po prostu kawał emocjonalnego rollercoastera, Evangelion (porównanie nieprzypadkowe) to przy tym Miś Uszatek. Obiecałam sobie, że kiedyś to muszę obejrzeć, tym bardziej, że Koishi to moja ulubiona postać z uniwersum Touhou. I słowa dotrzymałam, bo akurat na głównej YouTube pokazała mi się taka cudowna animacja wzorowana na fragmencie oryginalnego filmiku. I stwierdziłam, że to odpowiedni czas. I obejrzałam.
Po pierwsze, uwielbiam pierwotną kreskę, jest taka wspaniale prosta i chaotyczna - to dosłownie coś, do czego dążę. Późniejsza też jest przyjemna, ale to już nie to samo. A co do fabuły...
Początkowo, zgodnie z tym co słyszałam, myślałam, że to jakaś edgy bajka w creepypastowym stylu - i się na to nastawiłam, bo mówiąc szczerze, lubię edgy bajki w creepypastowym stylu (pff, sama takie piszę nawet!). Jakież było moje zdziwienie, że wcale tak nie jest, i dostałam kawał całkiem dobrego dramatu - a ja jestem nieempatycznym skurwolem i często cierpienie fikcyjnych postaci po mnie spływa, a tutaj się faktycznie wczułam w sytuację bohaterek. Pojawiło się też kilka śmieszniejszych momentów, ze wspaniałą przemową Byakuren na czele, chociaż był to gorzki humor. Ale ja taki lubię, dobrze pasuje do dramatu.
Jednak tak po odcinku z Sanae który mną dosyć wstrząsnął (może jestem nadwrażliwa na pokazaną tam tematykę, nie wiem) przestało mi się tak bardzo podobać. Widać, że autor może dojrzał, zmienił koncepcję, pewnie uznał, że jego seria jest zbyt edgy i zaczął robić shounena. A Szkut nie bardzo lubi shouneny. W dodatku akcja zrobiła się totalnie przekombinowana i nie wiedziałam, co się dzieje i co ja właściwie oglądam. Widziałam w komentarzach, że widzowie czuli to samo. Potem fabuła zaczęła przypominać pierwotną i była drama, była przemoc i byli szaleni mieszkańcy Gensokyo. A na koniec zrobił się z tego jakiś Evangelion, też były jakieś filozoficzne wstawki, których nie rozumiałam i walki też były podobne do tej serii. Przedostatni odcinek (ostatni jeszcze nie wyszedł, a ludzie czekają na niego sześć lat) był bardzo dobry. W pewien sposób mnie urzekł i pozostawił dobre wrażenie o całej serii, nawet ta filozofia nie była jakaś nachalna.
Ostateczna ocena? Podobało mi się. Było popierdolone, był dramat, było czasami trochę strasznie, trochę smutno, no i już nigdy nie spojrzę na Lunarianów tak samo. Polecam każdemu, kto lubi dziwne klimaty i jest zaznajomiony z lore Touhou. Nie polecam osobom shipującym Sanae i Kogasę.
I mam nadzieję, że w ostatnim odcinku Koishi dostanie wędkę i pójdzie w końcu na ryby.
ZOKU OWARIMONOGATARI
Seria Monogatari jest jednym z powodów dla których żałuję, że nie pisałam takich notek w trakcie przygody z nią (a była ona prawie dwuletnia), bo byłoby wspaniale to czytać. Chyba żadna z bajek nigdy nie wzbudzała we mnie takich różnorodnych emocji, dosłownie nie wiem, czy ja to lubię czy nie, to chyba jest to tak zwane love hate relationship. Ale chyba jednak bardziej lubię, skoro dobrnęłam aż do ostatniej obecnie zekranizowanej serii.
Pierwszy sezon Owarimonogatari był nudny strasznie i sprawił, że złożyłam obietnicę, że już nigdy więcej w żadnym opowiadaniu nie napiszę dialogu dłuższego niż dwie strony, z oglądania Koyomimonogatari bardziej pamiętam co tam znajomi na Twitterze dodali niż co tam bohaterowie mówili, ale drugi sezon był już bardzo dobry i mnie to ucieszyło. Miał też przyjemne zakończenie i się obawiałam, że kolejna historia jest zrobiona na siłę. Okazało się, że wcale nie.
Generalnie fabuła jest o tym, że Koyomi przez lustro zostaje wciągnięty do świata, w którym Karen jest niska, Nadeko wredna, Mayoi dorosła, a Yotsugi emocjonalna. Koncept alternatywnego świata w którym wszystko jest na opak bardzo lubię bo zawsze ma duży potencjał chociaż tutaj nie wykorzystano go zbytnio, ale to może wina tego, że jest tylko sześć odcinków. Niby nie brzmi to mało, ale typowo dla tej serii bohaterowie ciągle gadali zamiast coś porządnego zrobić i przez to marnowali czas antenowy, w którym by mogli pokazać w zasadzie każdą postać poza Nadeko, Mayoi i Yotsugi. Ale akurat nie mam co na to narzekać bo Nadeko kocham i mi jej nigdy za wiele a jej badassowa wersja mnie urzekła, Mayoi w wersji oneechan w końcu mszcząca się na Koyomim za te wszystkie bezbożne akty było czymś czego potrzebowałam, a Yotsugi również lubię i również nie narzekam że było jej dużo. No i prześlicznie wholesome zakończenie i śmiejąca się Senjogahara poprawiła mi humor na resztę dnia.
SPY X FAMILY
Anime to poleciła mi kuzynka (pozdrawiam, jeśli to czytasz), obejrzałam jeden odcinek, stwierdziłam, że w sumie fajne ale nie na tyle aby je kontynuować i zapomniałam. Potem się okazało, że to jakaś popularna baja ostatnio, wszyscy to oglądają, wszyscy polecają, złapanie na Mudae Anyi tylko dlatego że była dużo warta wzbudziło zazdrość innego użytkownika, a YouTube nawet mi polecał szorty - i to właśnie filmik z Anyą tańczącą rytualny taniec aby dostać się do szkoły mnie przekonał, aby do tej serii wrócić. I okazało się, że warto.
Historia opowiada o szpiegu, który dostaje misję, aby założyć rodzinę. Jego córką okazuje się być mała telepatka, a żoną płatna zabójczyni. Wszyscy się oszukują wzajemnie i udają kim nie są, ale o dziwo jakoś to funkcjonuje i faktycznie żyją jak kochająca się rodzina. Jest ciepło, sympatycznie i zabawnie, o ile bajka o zabójcach i szpiegach może być ciepła, sympatyczna i zabawna, bo czasem wejdą jacyś panowie ze strzelbami i się robi niemiło.
Polubiłam bohaterów - Anya jest uroczym dzieckiem, ale czasem dość charakternym i ogólnie wiarygodnym, dzięki czemu nie przypomina jednej z tych małych uroczych dziewczynek, których główną rolą w serialu jest bycie uroczymi (tak, Eri, na ciebie patrzę!). Twilight (Sparkle, hehe) trochę dla mnie przekoksowany, ale ciężko, aby doświadczony szpieg nie był przekoksowany i też wydawał się miłym chłopem, bardzo mi się podobały sceny, jak zauważał, że założenie rodziny to najtrudniejsza misja jaką dostał. Natomiast Yor jest wspaniale niezręczna i nieogarniająca rzeczywistości, uwielbiam ją. Z jakiegoś powodu kojarzy mi się z Mai Kawasumi, ale to pewnie przez fryzurę, niezręczność i okazjonalne machanie ostrzem. Natomiast Damian, kolega z klasy Anyi przypomina mi Syaorana Li (z tą różnicą, że Syaoran nie miał przydupasów), więc pewnie zostanie moją ulubioną postacią. Serii co prawda jeszcze nie skończyłam oglądać, bo takie miłe rzeczy lubię sobie dawkować, aby jak najpóźniej poczuć żal po ostatnim odcinku, i mam nadzieję, że nie zrobi się nagle nudno czy dziwnie, bo to by było bardzo smutne.
JAK TAM MI PISANIE IDZIE
Czyli nadchodzi bardziej osobista część postu i faktycznie związana z tym, co na bloga dodaję. :P
Pisanie drugiej części Gwiazdołapacza
idzie mi dobrze, połowa już jest zrobiona, a cała fabuła
dokładnie rozplanowana. Ogólnie tworzenie tej historii jest dla
mnie doskonałą zabawą, właśnie przez to, jak głupie i raczej
luźne jest to opowiadanie, już bardzo dawno nie bawiłam się tak
dobrze przy pisaniu. Druga część najpewniej wyjdzie trochę
dłuższa niż pierwsza, mam wrażenie, że ma też bardziej ciekawą
fabułę, bo w pierwszej głównie chodzili po lesie i tyle. Chociaż
jest niewątpliwie więcej głupich gagów. Ale spokojnie, będzie
tylko gorzej. Przy okazji ćwiczę sobie foreshadowing i czy potrafię zrobić dobry plot twist.
Natomiast Dzieci…
Owszem, piętnasty rozdział jest w połowie napisany. Ale tak sobie
to czytam wszystko i stwierdzam, że przecież połowa zaplanowanej
akcji już za mną, a praktycznie nic konkretnego się nie wydarzyło,
może poza akcją w piwnicach. Do tego spojrzenie na rozdziały z
boku przekonało mnie, że jest w nich dużo zbędnych i
niepotrzebnych do niczego scen, które napisałam, bo wydawały się
dla mnie fajne lub zabawne, ale właśnie… Nic nie wnoszą. Więcej
tutaj okruchów życia i rozmów
bohaterów o pierdołach. A
nie jest to do końca kierunek, jaki chciałam obrać przy tym
opowiadaniu. Do tego mam kilka pomysłów na rozwiązania fabularne,
które się różnią o tych, które już napisałam. Także jak
pojawi się nowy rozdział, to raczej będzie nowa wersja prologu, a
nie rozdział piętnasty. No cóż, pisałam to opowiadanie przez dwa lata, trochę człowiek nabrał innej wizji. :P
***
Także to tyle na ten moment. Czy pojawi się szósta część? Może za kolejne trzy lata, hehe. A może i szybciej, kto wie, życie jest zagadką! Stay tuned.

.png)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz