A jednak napisałam nową notkę! Dzisiaj też będą trzy dzieła, każde z innej beczki i z innego kraju, i na temat każdego trochę dość długich przemyśleń jak na notkę będącą podsumowaniem. ;)
WYSPA SKARBÓW (1988)
Ukraiński film animowany wyprodukowany przez studio Kievnauchfilm, ostatnio bardzo popularny w internecie i źródło typowo zoomerskich memów (np. tego fajnego remiksu), w którym prawie wszyscy bohaterowie są chadami. Obejrzałam go, bo po pierwsze lubię memy, a po drugie lubię radziecką animację, jest pięknie psychodeliczna, a po trzecie zdałam sobie sprawę, że nigdy nie przeczytałam Wyspy skarbów, a akurat klasyczną literaturę dla dzieci mam obcykaną. Kojarzy mi się, że po kilku stronach stwierdziłam, że jest nudne. Nie wiem na ile ta adaptacja jest luźna (ale domyślam się, że bardzo XD), ale za to teraz przynajmniej wiem, o czym ta historia opowiada oprócz tego, że są piraci i wyspa skarbów. Jest dużo bitek, strzelania, fajek i rumu, jak to w dobrej bajce dla dzieci o piratach być powinno. Ale spokojnie – w filmie pojawiają się bardzo mądre piosenki śpiewane przez PRAWDZIWYCH PIRATÓW ŁAAAŁ, które opowiadają o szkodliwości palenia papierosów, picia alkoholu i zaletach uprawiania sportu. Proszę państwa, to są właśnie morały, których potrzebujemy w kreskówkach!
Jak
wspominałam, bohaterowie są chadami - chociaż niektórzy stwierdzą, że nazwanie ich chadami to obraza, bo są kimś więcej. Główny bohater, Jim, w
amerykańskiej kreskówce byłby przegrywem – jest rudy, ma piegi i
okulary, jest grzeczny, ułożony i słucha się mamy. Tutaj jednak
Jim to przekoks,
który spuszcza łomot dwa razy większemu piratowi (i to wszystko
dzięki codziennym ćwiczeniom!), oprócz tego ma strasznie znudzony
życiem głos, przez co się z nim identyfikuję. Najbardziej
popularny w internecie jest wiecznie roześmiany doktor Livesey,
którego ktoś nazwał radzieckim Jokerem, ale doktor ma taką
przewagę, że nie smęci czegoś o życiu w społeczeństwie i nie
bije swojej dziewczyny, jedynie
bije się z piratami wąchając zarazem kwiatek, uroczo! Bardzo mi
się spodobał też kotek z początku filmu i liczyłam, że będzie
się pojawiał później, ale niestety nie. :( Natomiast John Silver, główny antagonista, to potężny i epicki badass który wzbudza respekt samym głosem. Jakby był bohaterem anime, na pewno by znajdował się wysoko w rankingach złoli.
Grafika filmu kojarzy się z dziełami typu Asterix i Obelix, postacie mają wielkie nosy, wielkie stopy i są same albo bardzo wielkie, albo bardzo małe. Za to po sposobie animacji od razu widać, że mamy do czynienia z radzieckim dziełem, bo ta trochę psychodeliczna animacja, te ruchy postaci są nie do podrobienia. Dubbing u niektórych postaci, mam wrażenie, brzmiał trochę niezręcznie, ale może tak miał brzmieć (np. u Jima) ale za to np. Livesey czy John Silver brzmieli rewelacyjnie.
Film mi się bardzo podobał – dobrze zrobiony, dość zabawny bo się zaśmiałam w dwóch miejscach, ma fajne postaci i fabułę. Polecanko, dobra zabawa dla całej rodziny - o ile wasza rodzina zna rosyjski lub angielski, bo niestety polskiego dubbingu nie ma, wersji z lektorem istnienia też nie stwierdziłam. A szkoda!
MOOMINVALLEY - drugi sezon
Jakiś czas temu obejrzałam pierwszy sezon najnowszej serialowej ekranizacji Muminków i szczerze mówiąc, nie bardzo mi się podobała. Z prostego powodu - była NUDNA. Zaraz ktoś tu przyjdzie i powie: No i czego się dziwisz, przecież Muminki same w sobie są nudne. A ja się z tym nie zgadzam!! Muminki są spokojne, ale na pewno nie nudne. Ale tutaj były nudne. Chyba jedynie odcinek o strażniku parku mi się podobał. Nawet odcinek o Nini był taki se. Animacja i grafika była super, pojawiały się fajne sceny, generalnie wszystkie z Muminkiem i Włóczykijem, ale sceny to jedno, a odcinki to drugie. W dodatku odniosłam wrażenie, że autorzy mają dużo ciekawych pomysłów (chociażby ostatni odcinek z przodkiem), ale średnio potrafią je podać. Także podchodziłam bardzo niepewnie do drugiego sezonu, głównie przekonało mnie to, że ponoć w tym sezonie Włóczykij wyjawia, co robił na południu - a to bardzo ważna rzecz.
Także obejrzałam. I wiecie co? Podobało mi się. Nie wiem, czy to serial się poprawił, czy to u mnie zwiększyła się tolerancja, ale pomimo że nadal akcja była baardzo spokojna, nie czułam się szczególnie znudzona. Tutaj już naprawdę sporo odcinków mi się podobało - był o Topiku i Topci, w dodatku ze sceną sądu, parodia kryminału w którym bohaterowie próbują zgadnąć, kto stoi za zniknięciem Filifionki (ale pewnie każdy znający lore się szybko domyślił ;)), odcinki ekranizujące Tatusia Muminka i morze, każdy lepszy od poprzedniego, i na końcu ekranizacja mojej ulubionej Doliny Muminków w listopadzie, czego się nie spodziewałam (ale zdecydowanie zabrakło mi Wuja Truja :<). Po prostu przyjemny serial, chociaż bardzo luźnie podchodzący do pierwowzoru.
Pogadajmy o bohaterach, bo to zawsze najlepsza część. Większość charakterów jest trochę zmodyfikowana - są nadal do siebie podobne, ale coś się w nich zmieniło. Muminek na przykład to bardziej typowy nastolatek niż typowy dzieciak, jest pozytywnie nastawiony, lubi przeżywać przygody, jednocześnie ma swoje humory. Panna Migotka to ciekawy przypadek, wyraźnie widać, że scenarzyści próbowali jej dać charakteru (ale ja i tak uważam, że Panna Migotka miała charakter! po prostu była grzeczna i spokojna), w sumie też ją można określić jako typową nastolatkę. Na ogół jest miła, ale dość charakterna i ciągle ma jakieś wąty do Muminka, ale to całkowicie zrozumiałe - każdy by się denerwował, jakby twojego chłopaka bardziej interesował jego przyjaciel, ba, cały fandom by ich shipował. Tatuś Muminka to jeszcze większy Twój Stary (TM) niż ten do którego przywykliśmy, myśli, że jest najlepszy na świecie i przeżywa kryzys wieku średniego. Natomiast Mamusia Muminka jest nadal cudowna, kochana i based, ale pokazano w tym sezonie jej drugą stronę, zgodnie z fabułą Tatusia Muminka i morze. Ryjek to Ryjek, nadal łasy na hajs i traktowany jak piąte koło u wozu, biedactwo. Buka przypomina tę polską, chociaż wydaje mi się, że jest mniej strasznie przedstawiona, ale nadal budzi respekt. A dwie postaci zasłużyły na oddzielne paragrafy.
Pierwsza to Mała Mi. Ja generalnie lubię Małą Mi, tak, jest zołzą, ale zołz też potrzebujemy w towarzystwie, aby czasem powiedziały parę słów prawdy. Bywa niemiła i złośliwa, oraz robiąca głupie rzeczy, ale poza tym też dość bystra, jest zupełnym badassem i mimo wszystko, widać, że lubi swoich bliskich, chociaż się do tego nie przyzna. Natomiast ta Mi... Zapomnijcie o wszystkich zaletach, które wymieniłam i zostawcie tylko wady. Tak, dokładnie tak to wygląda. Nie umiem o niej powiedzieć NIC dobrego. To taki synonim słowa wrzód, tylko gdzieś tam siedzi i dręczy bogu ducha winnych ludzi. Nawet nie ma jakichś śmiesznych ripost czy tekstów. Mam nadzieję, że zaliczy jakiś character development, bo w sumie pod koniec coś się zaczęło dziać, a jej relacja z Latarnikiem była urocza.
Włóczykij też się różni od i książkowego, i tego chada z anime, którego wszyscy kochają. Poznajemy go w momencie, jak jest wkurzony, bo go Ti-ti-uu śledzi i nie pozwala mu komponować. Tak, Włóczykij wkurzony. Znający książki pewnie się nie zdziwili, ale ci znający tylko anime, w którym jest wiecznie spokojny (i wyraźnie czymś zrobiony), musieli przeżyć szok. Generalnie Włóczykij w tym serialu to taki cichy dzieciak, bardzo sympatyczny, ale towarzystwa nie lubi, imprez się chyba w ogóle boi, woli pochodzić po lesie i grać na harmonijce, potrafi rybę złowić i ognisko rozpalić ale nie umie poprosić o dodatkową reklamówkę w sklepie (nikt mi nie powie, że jakby chodził do sklepu to by prosił o dodatkową reklamówkę, no nie ma rady). Ale nadal to Włóczykij, mądry chłop, indywidualista żyjący poza systemem, którego nie da się nie lubić. Po prostu jest teraz bardziej relatable. Nie oszukujmy się.
Mam problem z muzyką. Intro jest bardzo fajne, piosenki są super, wiele z nich słucham sobie do pisania czy spacerowania, ale w ogóle nie kojarzę samej muzyki w tle. Chyba jakaś była, ale w ogóle jej nie uchwyciłam. To najlepiej o ścieżce dźwiękowej nie świadczy. Na szczęście piosenki to wyrównują. :P
W ogóle kwestia dubbingu. Wiem, że istnieje polski, ale legalnie go nie uświadczysz, nielegalnie też nie - widziałam, że na Chomikuj coś wisi, ale nie mam tyle transferu, aby pobrać. Oglądałam więc w oryginale. Szczerze mówiąc - wiem, że to nie najlepiej o mnie świadczy xD - miałam trochę problem ze zrozumieniem dialogów. Jednak jestem bardziej przyzwyczajona do amerykańskiego akcentu, wszystkie kreskówki, jak nie po polsku, to po amerykańsku, natomiast mój jedyny kontakt z brytyjskim akcentem to słuchowiska na lekcjach angielskiego oraz Monty Python, którego i tak oglądałam z polskimi napisami lub lektorem. Ale osłuchanie czyni cuda! I właśnie w połowie drugiego sezonu zaczęłam całkowicie rozumieć co bohaterowie mówią. Nie wiem, czy to właśnie to nie jest przyczyną, że mi się pierwszy sezon nie podobał - zbyt dużo energii zużywałam na zrozumienie dialogów, więc nie rozumiałam ogólnie akcji i było dla mnie nudne. Musiałabym obejrzeć jeszcze raz i to sprawdzić.
Podsumowując - rozpisałam się tak, że mogłaby to być w sumie oddzielna notka. Także jak najbardziej polecam Moominvalley fanom Muminków, bo to bardzo dobry serial jest, bywa śmiesznie, bywa smutno, ale przede wszystkim jest ten muminkowy klimat. Ja osobiście polecam każdemu, kto lubi to lore.
BAKEMONOGATARI (light novel)
Nie wiem, co mnie pokusiło, aby to przeczytać, ale przeczytałam (i pewnie będę czytać dalej). Być może byłam po prostu ciekawa, jak wygląda pierwowzór mojego love-hate anime. I wiecie co wam powiem? To chyba częste w gatunku light novel, ale styl pisania mi przypominał opko człowieka, co dopiero zaczyna się uczyć pisać.
Zdania są napisane.
W ten taki oto.
Sposób.
Nie wiem czy to ma.
Dodać głębi.
Czy ki czort.
Oprócz tego pojawia się dużo ekspozycji za którą każdy recenzent by urwał głowę. A przynajmniej tak mi się wydaje, nie jestem recenzentem i sama nadużywam ekspozycji. XD
Ale w posłowiu autor powiedział, że Bakemonogatari napisał bardziej dla zabawy niż na poważnie - i ja to rozumiem, też piszę rzeczy bardziej dla zabawy i brzmią one tak sobie. Można podyskutować na ten temat, bo ja ich nie wydaję, a Nisoisin tak, ale nie poruszajmy tego tematu.
Jednak opowiadania czyta się dobrze, niektóre dialogi są nudnawe ale można je pomijać, a niektóre bardzo sympatyczne i bystre, fabułę samą w sobie w tym sezonie lubiłam bardzo, także i w książce mi się podobało. Narracja bywa... dziwna, ale przyjmijmy, że Koyomi jest dziwny i nikt nie chciałby znać kogoś takiego jak on, więc stąd to się bierze. Poza tym jako że jest to pierwsza książka z serii, liczę, że z czasem poziom się poprawi, bo i tak bywa.
Także te opinie, że anime jest lepsze, to jest prawda. Nie dość, że w anime przemyślenia bohatera na ogół ograniczają się do bloków tekstu których nikt nie czyta, nie ma zdań pociętych na kawałki, no i jest ta specyficzna animacja, której z oczywistych względów nie ma w książce. Bo szczerze mówiąc, to właśnie ta dziwna animacja mi się najbardziej podoba w tej serii. Nie mniej jednak będę czytała książki dalej, chociaż nadal w sumie nie wiem czemu. Wiem za to, że jakby wydali tę serię w Polsce, to bym ją kupiła. Ech, Monogtari, nienawidzę cię.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz