piątek, 15 czerwca 2018

Saperka

Napisałam ten fanfik rok temu na jednym ze starych blogasków. Podoba mi się, więc go tu dodaję. Po przeczytaniu tego odszczekacie wszystkie komentarze w stylu "nudne", skierowane do książek, filmów, itd.
Przed wami najnudniejszy fanfik świata.
Fanfik do gry, w którą każdy grał.
Czyli do, uwaga - Sapera!

Fanfik skierowany tylko do wystarczająco krejzolowatych ludzi.

***

Bycie saperem jest mi przeznaczone od czasów, kiedy rozbroiłam bombę znalezioną na podwórku. Leżała między dwiema doniczkami pelargonii, i zakładam, że podłożyły mi ją wredne koleżanki ze wsi. Cóż, byłam od nich mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, a one mi zazdrościły. I dla mnie rozbrojenie tej bomby to była pestka. Pomógł mi Imperatyw, który cały czas nade mną wisi. Jest błękitny i przypomina wieszak, który zawisł na powietrzu. Podpowiada mi różne mądre rzeczy i dzięki niemu zdaję wszystkie egzaminy na 100%.
Ale do rzeczy. Gdy skończyłam osiemnaście lat, postanowiłam pójść na studia saperowe w Warszawie (znajdują się obok studiów kryminalnych i złodziejskich). Właściwie nie były to zwyczajne studia, tylko jedno wielkie pole wypełnione schowanymi bombami. Powitał mnie jakiś łysy facet.
— Dzień dobry, witam...
—  Daruj sobie —  przerwałam mu. Nie po to tu przyszłam, aby słuchać pierdolenia —  Mam znaleźć bomby i je rozbroić?
— Tak, ale najpierw zabieram imperatyw — powiedział facet, machnął ręką i... Poczułam, że nad moją głową nic nie wisi. Spojrzałam w górę, przerażona.
— Gdzie imperatyw?! — krzyknęłam. Poczułam się, jakbym była naga. Imperatyw wisiał nade mną od moich narodzin, a teraz go nie ma.
— Zabrałem. A teraz idź, bo inaczej się nie dostaniesz — mruknął.
— Tak nie wolno! Pan zabrał mi moją własność! Bo zgłoszę to do sądu! — poważnie groziłam, próbując sobie przypomnieć, który paragraf złamał głupi łysol.
— Ja mogę zgłosić do sądu próbę oszukiwania na egzaminie. Spokojnie.
Miałam ochotę wybiec stąd i nigdy już nie wrócić. Ale przecież studia saperowe to było moje największe marzenie. Dlatego kopnęłam parę razy w drzewo i tupiąc podeszłam do pola.
Muszę zaufać wyczuciu.
Nie umiem, nie mam Imperatywu.
Trudno, jakoś trzeba sobie poradzić.
Dotknęłam ziemi. Okazało się, że połowa pola jest czysta. Uff. Dalej.
Pobiegłam do innego miejsca. Też było czysto. Rozbroiłam trzy bomby.
Podskoczyłam. Bomby nie było.
Podskoczyłam znowu. Czysto. Rozbroiłam kolejną bombę.
Kolejne czyste pole.
I kolejne...
Aż nagle pole wybuchło. Poczułam się, jakby coś mnie rozerwało. Poleciałam wysoko, wysoko... Aż w końcu wylądowałam na drzewie. Ale żyłam.
— Nie zdała pani. — Łysol zapisał coś w swoim notatniku. Oddał mi imperatyw. — Żegnam
W moich oczach pojawiły się łzy, ale czułam niesamowitą wściekłość. Chciałam zeskoczyć w wielkim stylu i mu spuścić wpierdol, ale udało mi się jedynie spaść na dupę. Złamałam wszystkie kości.
Już nigdy nie zostałam saperem, ale przed śmiercią przeklęłam tego łysola, aby nie znalazł sobie żony.
Zemsta jest słodka.

KONIEC


2 komentarze:

  1. Jak słodko :P Zakończenie piękne. Na Imperatyw trzeba uważać, on jest wszędzie.

    OdpowiedzUsuń